Blog > Komentarze do wpisu
Manuel Vicent - Pieśń Morza

Proza Vicenta to ma do siebie, że bywa odmienna i to odmienna w całym tego słowa znaczeniu. Dziwne, bo autor nie poszukuje na siłę odległych światów i trącących magią środowisk. Nie, a mimo to wciąż intryguje suspensem i tajemniczością, swoistym "rachunkiem nieprawdopodobieństwa" wychodzącym zawsze na plus. Spójrzmy na Pieśń Morza, jest to bodajże pierwsza przetłumaczona na polski książka pisarza i już od stron początkowych - nie licząc tradycyjnego "blurba" - zdaje się jasno przekonywać, iż wybrano ją nieprzypadkowo. 

Początek godny jest Kinga: w któryś z długich i słonecznych weekendów do plaży w niewielkiej Circei dopływa ciało ubrane w smoking i nie jest to bynajmniej zupełny egzotyk, acz niektórzy dopatrują się w nim pana-młodego-dezertera. Nieboszczyk jest zaskakująco podobny do zaginionego przed wielu laty Ulissesa Adsuary, swego czasu mającego etat w miejscowym liceum nauczyciela literatury antycznej. I mogłoby być na tyle, można by wszcząć śledztwo i ciągnąć fabułę... ale nie u Vicenta. Oto, w kilka minut później do innej z plaż przypływa trup kobiety ubranej w suknię ślubną. Przypadek? A zatem czas zebrać wszelkie poszlaki i rozpocząć śledztwo. Ale nie u Vicenta, o nie.

Wbrew pozorom, Pieśń Morza to powieść o miłości i to powieść, którą bez wątpienia polecić można każdemu. Czytelnik strona po stronie odkrywa  tu historię dwojga całkiem normalnych ludzi, którzy jako nastoletnie dzieci doświadczyli drobnych zauroczeń: on zapałał miłością do greckich klasyków, ona - do Yula Brynnera, aktora hollywoodzkiego, który pewnego poranka przybył wraz z ekipą filmowców na circejską plażę. Mieli do siebie nie pasować, mieli wieść inne życie, ale los postanowił inaczej i spadło na nich gwałtowne uczucie, którego słodycz i ciężar zdecydowały o życiu nie tylko tych dwojga, ale i - właściwie - wszystkich mieszkańców malutkiej Circei, bohaterów-tła, pomagającego lepiej wczuć się w klimat tej, całkiem przecież niebanalnej historii.

Nie ma sensu dalej opowiadać, warto zaś dostrzec iskierkę bajkowości, która mimo portowo-rybnej prozy Wybrzeża Kwiatu Pomarańczy, wciąż przewija się przez szereg nie-przypadków i nie-prozaizmów raz budowanych, raz burzonych przez autora. Z jednej strony mamy tu wszystko, co zwyczajne dla współczesnego świata: bary, puby, życie nadmorskiego kurortu i Walencję wraz z jej paellą i nadmiarem ulic; z drugiej - tajemniczą grotę, opuszczony biurowiec, wyludnione doliny i bezkres słonej wody. Ciekawe sąsiedztwo. Ktoś spyta: no dobrze, a gdzie tu miejsce na miłosne historie? Przecież kurort to raczej miejsce mało romantyczne, a plaże i doliny przejadły się, nie mówiąc już o biurowcu, który dziwnym trafem kojarzy się z Modą Na Sukces. Otóż właśnie: u Vicenta to pozornie oczywiste otoczenie zyskuje nowy wymiar i to wymiar zupełnie odległy od dotychczas stosowanych. Pisarz tworzy nową przestrzeń, przestrzeń relacji dwojga ludzi i za pomocą dwóch płaszczyzn buduje fabułę. W praniu-czytaniu wygląda to tak, że dostajemy książkę, gdzie wszystko jest realne do czasu i do czasu prawdziwe, przy czym moment przeniesienia się z jednej płaszczyzny na drugą to chwila, w której o miłości już się nie pisze. Trochę trudne, ale mocno dzisiejsze. Jak Vicent.

Manuel Vicent: Pieśń Morza

tłum. Weronika Ignas-Madej, wydawnicto Muza, Warszawa 2002. ISBN: 83-7319-230-1

piątek, 25 sierpnia 2006, magdalenawrzodak
Magdalena Wrzodak

Utwórz swoją wizytówkę