poniedziałek, 16 kwietnia 2007
Mishima Yukio - Kinkakuji, Złota pagoda

Buszujący w ryżu - ot, tak chciałam zatytułować tę recenzję. Początkowo, rzecz jasna, bo i zbliżony wizji Salingera zdawał się być pierwszy rozdział najgłośniejszej powieści Mishimy. Był tam i młody chłopiec, pierwsza miłość, nieporozumienia, rodzina, ludzie, małe dramaty. Zabrakło tylko lodowiska.

Dziś gryzę się w język. I słusznie, bo w tak ujętej interpretacji nawet najmniej niepokorne myśli i wątki uległy by rozmyciu, a ja, jako ten recenzent o kałuży głębi nie tylko zgwałciłabym jedno z największych wydarzeń w historii współczesnej literatury japońskiej, ale też dałabym dowód fatalnej ignorancji kwestii takich, jak japońska wizja świata, symbolizm i intertekstualność wszystkiego, co którymś łokciem zechciało otrzeć się o kulturę Zachodu. Wówczas też na nic by się zdało pięć lat w towarzystwie Yattamana, bo i czym skorupka za młodu...No, właśnie.

Mishima Yukio, a właściwie Hiraoka Kimitake to pisarz szczególny nie tyle dla czytelnika  japońskiego, ile czytelnika w ogóle. Pomijam tu wszelką nowatorskość, świeżość stylu i odwagę pisania na tematy pomijane dotychczas w tyleż finezyjnej, co zamkniętej i surowej estetyce kultur Wschodu (wystarczy wspomnieć pierwsze z opowiadań twórcy, śmiało i bez ogródek poruszające tematykę homoseksualizmu), a zwrócić chcę uwagę na to, kim Mishima-san był, czym się inspirował, czemu epatował gorzką japońskością. Jakoś trudno jest wyobrazić sobie prawie-europejskiego dekadenta przyodzianego w samurajski strój stojącego na czele grupy paramilitarnej i miłującego jednocześnie antyczne piękno, rozkochanego w istnieniu i zmierzającego ku śmierci. No cóż, niejaka Katarzyna Grochola ponoć sprzedawała kiedyś stare czołgi na wagę. Zresztą, pisarz też człowiek a my, Polacy czy Japończycy, żyjemy w wolnym kraju... Choć pan Mishima, patrz i podziwiaj, świetnie realizował się nawet podczas niemieckiej okupacji. Co kraj, to samuraj.

Złota pagoda, sztandarowy utwór Mishimy, to opowieść o chłopcu z przylądka Nariu, którego ojciec, właściciel małej świątyni, chce uczynić mnichem, najlepiej zaś akolitą w służbie legendarnej Kinkakuji, Złotej Pagody. Jest ona dla niego – a z czasem i dla jego syna – urzeczywistnieniem idealnego piękna i wszelkich wartości, jakie nieść ze sobą może odłam zen. Mały Mizoguchi żyje wyobrażeniem pięknej świątyni, a po śmierci ojca wraz z innymi uczniami opiekuje się owym niezwykle okazałym przybytkiem mnichów zen. Jak słusznie zauważa Mikołaj Melanowicz, od chwili przekroczenia progu świątyni chłopiec przestaje spotykać na swej drodze ludzi normalnych, przeciętnych, a kolejni jego towarzysze (choćby kolega z dzieciństwa, czy szpotawy przyjaciel Kashiwagi) posiadać będą różne unikalne rodzaje wrażliwości oraz nieprzewidywalną amplitudę zachowań. Zabrzmi śmiesznie, ale te skrajne i szczere postawy doprowadzą do całkowitego zachwiania przyjętych przez przyszłego akolitę norm, a wielki Mistrz i Nauczyciel, kierownik klasztoru i jego niepodważalny autorytet, okaże się równie wielkim miłośnikiem gejsz i słodkiej fasolowej pasty.

Innym istotnym wątkiem jest powracające na każdej stronie przeciwstawienie piękna i brzydoty, ideału i kalectwa, czy w końcu etyki i estetyki. Młody Mizoguchi jest niesfornym jąkałą, jego ojciec – naiwniakiem, koślawy i brzydki Kashiwagi żeruje na dziewczęcej wrażliwości, opat świątyni to schnący dekadent. Cała gromada otoczona jest pięknem Złotego Pawilonu, jego rzeźb, fresków, roślin i malowideł tak wyszukanych i finezyjnych, że wydawać by się mogło, iż słabość ludzka szuka tu swojego usprawiedliwienia. Melanowicz nazywa tu Pagodę władczą i bezwzględną kochanką. Moim zdaniem jest ona raczej wspomnieniem lepszych czasów, atrakcją turystyczną, która drży pod groźbą bombardowań. Ostoją niezwykle kruchą.

Kinkakuji spłonęła w 1950 roku. Wypadek z okolic Kioto wstrząsnął całą Japonią: wydawało się, że po zakończeniu wojny nic już nie jest w stanie zagrozić świątyni. Podpalił ją młody akolita, podobno psychopata, schizofrenik i niedoszły samobójca. Chciał choć raz poczuć się piękny.

Mishima Yukio, Złota Pagoda (Kinkakuji), tłum. Anna Zielińska-Eliott, Warszawa 1997. [ISBN: 83-7156-165-2]

niedziela, 01 kwietnia 2007
Abe Kobo - Urwisko czasu

Nigdy, w najśmielszych nawet snach nie przyszło mi do głowy – a głowę mam cokolwiek jeszcze zmyślną i pojemną – iż dożyję czasów, kiedy to najbardziej poczytnym pisarzem na podmiejskiej trasie Warszawa Wschodnia-Skierniewice będzie nie kto inny, a sam pan Murakami Haruki. Tak, właśnie Murakami Haruki, a nie odwrotnie, jak od lat kilku przekonuje na swych okładkach nowa, błyszcząca i świeżutka seria wydawnicza Muzy.

Mało kto dziś pamięta spłodzony przed jedenastu laty cykl Biblioteki Japońskiej. Jeszcze mniej osób nadmieni, iż to odważne wówczas przedsięwzięcie dotowane było przez The Saison Foundation spod samej Tokyo Tower. Na palcach jednej ręki zaś policzę znanych mi miłośników prozy Abe Kobo. W sumie wystarczył mi jeden palec.

Ponieważ literaturoznawstwo przaśne, tj. nasza każdego z osobna półka prozy codziennej nie jest mi kategorią skrajnie obojętną, postanowiłam zasięgnąć wiedzy niezbędnej i na potrzeby ot tej strony choćby, podzielić się z Państwem mymi, niezwykle jeszcze latoroślanymi i pełnymi wykwitów spostrzeżeniami co do prozy japońskiej. Zatem Abe Kobo.

Już po lekturze pierwszego z opowiadań, składających się na tom Urwisko czasu ma się nieodparte wrażenie, iż jego autor dość osobliwie podchodzi do tematów tożsamości i pamięci. Wpływy buddyzmu, czy nawet reinkarnacji jako takiej, to jakby rama dla wyobrażeń obecnych w kolejnych przywoływanych historiach. Co ciekawe, Abe wcale nie usiłuje na siłę przekraczać bioenergoterapeutycznych granic z TeleTygodnia, czynić cudów, czy latać wesoło pod sufitem w rytm wielotomowych wędrówek pana Murphy. Powiem więcej: Abe Kobo, szczegółowo oschły i dokładny w opisie, nie skłania się nawet ku shintoizmowi. Jest ponad i czytelnik to czuje. Nawet nie mając nazbyt pojęcia o religii shinto.

O czym pisze? Wprawdzie każda z historii, w tym i mini-dramatów, dzieje się gdzie indziej i inny jest jej bohater, ale zasadniczo da się zaobserwować motyw przemiany. Pisarz europejski zapewne w każdym z przypadków poprzestałby na zmianie nastrojów i koloru firanek, ale Abe idzie tu nieco dalej i, balansując czasem na granicy absurdu, zmienia swoich bohaterów w rośliny, walizki, sweter, wściekłą sukę, ba, nawet zmienia ich w pałkę. Czasami przemiana następuje w środku, czasami na końcu opowiadania, niekiedy zaczyna się wcześniej niż na początku. Paradoksalnie, im bardziej jest nam w wewnątrz dziwacznie, tym zakończenie każdego z tych epizodów, bardzo często otwarte (!), skłania nas do głębokiej refleksji. Oto stało się wiele i nie stało się nic.  

Właściwie nie mam nic przeciwko temu, żeby otworzyć. Tylko, że ja nie cierpię robactwa – mówi jedna z postaci dramatu Torba. Robaczki, jaszczurki, muchy, żuki i tajemnice, można by rzec: kwestia wystroju, to u Abe niezwykle istotny detal. I to nie tylko przez to, że wskazuje płeć autora tekstów (niemal wszyscy japońscy chłopcy kolekcjonują w dzieciństwie stawonogi; inaczej nie byłoby Godżilli i Pokemonów), ale - przede wszystkim – zwraca uwagę na pewną ciągłość współistnienia człowieka i przyrody oraz ich naturalną bliskość (wszak mucha zmieści się wszędzie) i równoległość zachowań. Brzmi śmiesznie, bo co niby ma mieć przeciętny Stefan wspólnego z pająkiem, ale gdy weźmie się pod uwagę, iż pisarz całkiem świadomie drwi sobie z przedmiotów - zwłaszcza tych przedmiotów, które wcześniej „były” ludźmi, jak np. wspomniana już pałka – to ma się wrażenie, że celem autora jest nie co innego jak ukierunkowanie naszej świadomości na najzwyklejsze przemijanie, na tę naturę, która zdaje się nam być coraz mniej potrzebna. A potrzebną niewątpliwie jest, chociażby po to, byś nie przemienił się w pałkę.

I tu wpadamy w wykwintnie podaną pułapkę nowatorstwa. Nowatorstwa, które analizuje i potulnie drwi sobie z cywilizacji i które dostrzega jej rychły kres. Oby więcej takich pułapek.

czwartek, 21 września 2006
Marina Mayoral - Życie oddać i duszę

Historie miłosne zwykło się dzielić na nam obojętne oraz te, które – chcąc nie chcąc – pozostałyby źródłem dalszych inspiracji. W życiu, w sztuce. Różnie. Merytorycznie niekonieczne, duchowo niezastąpione zwiastuny panaceum. Nawet jako esej.

Od razu zaznaczę, iż wielu miłośników prozy Mariny Mayoral bardzo się na tym tytule zawiedzie. Nie dlatego, że będzie nieciekawie, czy ciężko. Nie będzie tak, jak się wydawało, że będzie: zabraknie melancholii i ciepła pamiętanych z Utajonej harmonii, zniknie gdzieś kobieca solidarność, teoria zdroworozsądkowa, wspomnienia i drobne utarczki. Zniknie bajkowość, ktoś zgubi plasterki na smutki. Co pozostanie?

Właśnie – esej. Obszerny, na 162 strony, a przecież nie naukowy, gdyż oś stanowi tu związek, uczucie. Zacznie się jak powieść, tak jak chciał wydawca: świeżo upieczona żona, dwudziestoletnia Amelia, obudzi się w hotelowym łożu, w południe, wszak noc upojną była. Obudzi się, bo zachce jej się siku, zacznie szukać czegoś do ubrania, może futro z norek? Na gołą skórę? Byłoby jak na filmach, na pewno powie o tym później koleżankom. One, rzecz jasna, zazdroszczą, bo Carlos, señor Carlos, mąż Amelii, ma tytuł szlachecki, to nic, że jest bez grosza. Grosze – i to całkiem do rzeczy – posiada jej rodzina. Przystojny, nadzwyczaj męski... Czegóż chcieć więcej? Pytanie tylko, gdzie to futro, gdzie biżuteria i szczoteczka do zębów. Gdzie walizki, no i gdzie Carlos.

Zatem, nasza Amelié zostanie porzucona przez Carleta w noc poślubną, Carlos ograbi ją ze wszystkich kosztowności, a wydarzenie to posłuży pisarce za punkt wyjścia w rozważaniach natury sercowej, rozważaniach wyważonych, choć o szaleńczym podtekście. Będzie o miłości oddanej i bezinteresownej, będzie też nieco o wyrachowaniu, acz kulturalnie i ze smakiem. Rzeczowo, bez feminizmów i prania starych brudów. Ładnie, zgrabnie, choć zawsze przyziemnie, daleko od zbędnych wzlatywań, czasem wręcz prostacko, by być bliżej ludzi. Każdy sra, król też sra, papież sra, raz, dwa, trzy, srasz i ty. Wyliczanki i piedestał, ciotka Mercedes i ciotka Malen, miłość i zakochanie, szaleństwo. Savoir-vivre. Opozycje.

Choć nie tylko one. Mayoral dokonuje wnikliwej analizy ludzkich zachowań. O swojej bohaterce pisze przede wszystkim jako o kobiecie, która postawiona w kłopotliwej sytuacji - Hiszpania, małe miasteczko, wieści krążą w tempie szalonym, a i rodzina Amelii jest z tych liczniejszych – decyduje się na rodzaj społecznego celibatu: trwa w miłości mitycznej, wiecznej i nieskończonej, codziennie myśli o mężu, wychowuje syna i czeka. Penelopa. A gdy ten wreszcie pojawia się na horyzoncie, traktuje go dosłownie jak człowieka-własność, coś, co się należy, coś, co się kocha, pożąda. Bezpretensjonalnie i – mimo wszystko – odważnie. Odważnie, bo przecież każde uczucie, które da się odczuć dłużej niż pięć minut stanowi zalążek determinacji. Amelia swą miłość do Carlosa czuje całe życie. Co ciekawe, autorka ani przez chwilę nie dystansuje się, nie patrzy z góry, ani nie ocenia swojej bohaterki. Zręcznie manewruje między dygresją, własnym życiem i ową historią sprzed lat. Historią cioci/babci/pracioci. Bo Amelia istniała naprawdę – zupełnie jak pisarka. I kochała jak ona. Może nawet mężczyzn miały analogicznych: a-logicznych i całkowicie różnych, nigdy do siebie-kobiet niedopasowanych.

Dziwny esej. A w nim Don Juan Tenorio, Pardo Bazán, Móntez... Hiszpańskie konteksty, mnóstwo odniesień. Mnóstwo sprzeczności. Czy można pisać namiętnie? Czy można namiętnie esej napisać? Jak widać można, ale forma ta nie będzie odpowiadać wszystkim. Namiętność wiąże się z chwilą, esej wymaga czasu i skupienia. Z definicji nie jest spontaniczny, potrzebuje porządku.

Jak często bywamy dziś nieuporządkowani.

Marina Mayoral: Życie oddać i duszę

tłum. Marta Szafrańska-Brandt, wydawnictwo MUZA, Warszawa 2005. ISBN: 83-7079-703-2

niedziela, 27 sierpnia 2006
Manuel Vázquez Montalbán - Morza Południowe

Kryminał Dla Opornych: intro jak Z Archiwum X, jakiś trup, jakiś komisarz, ewentualnie detektyw. Intryga i kobieta. Albo dwie. Oczywiście, wszystko w odpowiedniej scenerii, pełnej krętych ulic i zapomnianych zaułków. Oczywiście, bez wątpienia, w Barcelonie.

A Barcelona w powieści Montalbana, to nic innego, jak miasto przemilczanych reform, zaschniętej na chodnikach krwi reżimu i zmiecionych pospiesznie niedopałków. Niewyraźna, inna. To miasto nie jest takie jak dawniej. Kiedyś kurwa to była kurwa, a bandzior to był bandzior. Teraz kurwy łażą wszędzie, a bandziorem może być każdy. Właśnie tu u progu lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia dochodzi do zagadkowego zabójstwa. Niejaki Stuart Pedrell vel Antonio Porqueres zostaje zadźgany nożem, a jego zwłoki ktoś porzuca na drugim końcu miasta. Chwilę później pozostawiony na ulicy denat przypadkiem urywa zawieszenie pędzącego czarnego jaguara. Pełnego „lokalnych” cyganów. A to dopiero początek historii.

Historii, o której nic więcej nie napiszę, bo byłoby to głęboko sprzeczne z recenzowaniem kryminału – o treści zatem jak najmniej, niech czytelnik suspensu nie traci. Nie da się jednak nie wspomnieć o tym, jak przewlekle dokładny i przekonujący jest sposób, w jaki Montalbán buduje i przedstawia rzeczywistość. Galeria postaci, którymi nas nieraz zaskoczy, jest tyle nietuzinkowa, co nadzwyczaj ludzka. Każdy bohater ma tu swoje pięć minut, motyw przewodni, który towarzyszy mu za każdym razem, gdy spotykamy go na kartach powieści. Co ważne, nie ma tu postaci nieciekawych lub zbędnych aktorów z eks-planu: każdy uczestnik Montalbanowskiej intrygi jest wpisany na stałe do kartoteki świata przedstawionego, każdy ma coś do powiedzenia, każdy chce – choć na chwilę – zatrzymać przy sobie głodnego sensacji czytelnika. I, trzeba przyznać, wychodzi im to bardzo dobrze. Nierzadko przyjdzie nam szybciej skojarzyć danego bohatera z pewną sytuacją, z tym, co powiedział lub z jego poglądami, aniżeli z mocno katalońsko-brzmiącym nazwiskiem, którym obdarzył go pisarz.

Tak, tak - właśnie katalońskim, bo Los mares del sur, to nic innego jak literacki pretekst do mówienia o Hiszpanii, jej społeczeństwie polityce i echach frankizmu w takt Els Segadors, Pieśni Żeńców, czyli hymnu Katalonii o raczej mało subtelnym refrenie Kosy na sztorc, kosy na sztorc. Nie brak tu odważnych sądów, celnych uwag i aluzji – także kulturalno-oświatowych – do tego, jak się w Hiszpanii żyje i jak się żyć powinno. Pisarz kąsa na tyle sprytnie, by poruszyć jak najwięcej niewygodnych tematów i by, ostatecznie, nikt nie czuł się tą kąśliwością nadto urażony. Nawet Cyd i Jimena.

Manuel Vázquez Montalbán: Morza Południowe

tłum. Maria Raczkiewicz-Śledziewska, wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2004. ISBN: 83-7392-060-9

sobota, 26 sierpnia 2006
José Carlos Somoza - Listy od zabójcy bez znaczenia

Werteryzm bywał naiwny, ale kusił listem. W czasach, gdy listy prawdziwe uparcie wypiera e-mail, a kartki papieru coraz chętniej przeliczane są na hektary lasów deszczowych dostaję do ręki powieść epistolarną o rysach eksperymentu. Przypadek?

Może i przypadek, może kwestia objętości (ostatnio – przez brak czasu głównie – wybieram książki „cieńsze”). Trudno powiedzieć. Książek o pisarzach piszących o pisarstwie unikam jak ognia, dręczą mnie. Te utrzymane w epistolarnym klimacie wydają się za naiwne. Powinnam zatem napisać, że lektura Cartas de un asesino insignificante  nie należała do najprzyjemniejszej. I... ? I tak, i nie.

Mamy tu pisarkę, Carmen del Mar Poveda, która opatulona w miękki szlafrok nakłuwa sobie skórę ostrą stalówką i przywołuje obrazy dnia powszedniego, leniwie przetykając je czasem niezwykłymi opowieściami o ludziach z miasteczka. Pisarce wyraźnie się nudzi, brak jej pomysłu na życie, więc chwyta za poczytny kryminał, kreuje fikcyjnego zabójcę i pisze do niego listy, które zostawia w ogrodzie przy furtce. Pisze, pisze, pisze, sama sobie odpisuje, sama ze sobą rozmawia i prowadzi rozważania głęboko filozoficznej natury. I niby nic, niby zamysł artystyczny, a tu pewnego pięknego dnia ktoś dostrzega przygniecioną kamieniem kartkę papieru i zaczyna podglądać ową dziwaczną korespondencję.

Kto, z kim, dlaczego i dlaczego właśnie tak, a nie inaczej? Doszukiwać się sensu w tej zabawie literackiej, to jak szukać igły w stogu siana: jeden czytelnik na stu na pewno go odnajdzie. Bo i nie sens jest najważniejszy w prozie, gdzie fabuła poszczycić się może wyłącznie zarysem. 
O co zatem chodzi? Czy o samotną pisarkę zagubioną w pustce nadmorskiej posiadłości, o opowieści wycięte z ramówki Super Wizjera, o refleksję nad przeznaczeniem, czy o filozofię bycia w ogóle? Trudno rozłożyć na części pierwsze powiastkę, która wyraźnie chce być nazwana zabawą literacką i traktatem filozoficznym w jednym. To nie szampon ani proszek do zmywarek, by rzuciwszy slogan krzyczeć „eureka!”. Listy od zabójcy bez znaczenia to przede wszystkim zamysł: rodzaj literackiej konstrukcji, która nie pozwala być obojętnym, piętnuje kruchość życia i nie dający się zatrzymać czas; która na pytanie: dlaczego? odpowiada: bo tak, bo właśnie tak, bo tak mi się wzięło i skojarzyło i już.

Nie jest to powieść dla każdego, choć prawie każdy woli książki cieńsze. Mniej nie znaczy lżej.

José Carlos Somoza : Listy od zabójcy bez znaczenia

tłum. Agnieszka Rurarz, wydawnictwo Muza, Warszawa 2005. ISBN: 83-7079-708-3

piątek, 25 sierpnia 2006
Manuel Vicent - Pieśń Morza

Proza Vicenta to ma do siebie, że bywa odmienna i to odmienna w całym tego słowa znaczeniu. Dziwne, bo autor nie poszukuje na siłę odległych światów i trącących magią środowisk. Nie, a mimo to wciąż intryguje suspensem i tajemniczością, swoistym "rachunkiem nieprawdopodobieństwa" wychodzącym zawsze na plus. Spójrzmy na Pieśń Morza, jest to bodajże pierwsza przetłumaczona na polski książka pisarza i już od stron początkowych - nie licząc tradycyjnego "blurba" - zdaje się jasno przekonywać, iż wybrano ją nieprzypadkowo. 

Początek godny jest Kinga: w któryś z długich i słonecznych weekendów do plaży w niewielkiej Circei dopływa ciało ubrane w smoking i nie jest to bynajmniej zupełny egzotyk, acz niektórzy dopatrują się w nim pana-młodego-dezertera. Nieboszczyk jest zaskakująco podobny do zaginionego przed wielu laty Ulissesa Adsuary, swego czasu mającego etat w miejscowym liceum nauczyciela literatury antycznej. I mogłoby być na tyle, można by wszcząć śledztwo i ciągnąć fabułę... ale nie u Vicenta. Oto, w kilka minut później do innej z plaż przypływa trup kobiety ubranej w suknię ślubną. Przypadek? A zatem czas zebrać wszelkie poszlaki i rozpocząć śledztwo. Ale nie u Vicenta, o nie.

Wbrew pozorom, Pieśń Morza to powieść o miłości i to powieść, którą bez wątpienia polecić można każdemu. Czytelnik strona po stronie odkrywa  tu historię dwojga całkiem normalnych ludzi, którzy jako nastoletnie dzieci doświadczyli drobnych zauroczeń: on zapałał miłością do greckich klasyków, ona - do Yula Brynnera, aktora hollywoodzkiego, który pewnego poranka przybył wraz z ekipą filmowców na circejską plażę. Mieli do siebie nie pasować, mieli wieść inne życie, ale los postanowił inaczej i spadło na nich gwałtowne uczucie, którego słodycz i ciężar zdecydowały o życiu nie tylko tych dwojga, ale i - właściwie - wszystkich mieszkańców malutkiej Circei, bohaterów-tła, pomagającego lepiej wczuć się w klimat tej, całkiem przecież niebanalnej historii.

Nie ma sensu dalej opowiadać, warto zaś dostrzec iskierkę bajkowości, która mimo portowo-rybnej prozy Wybrzeża Kwiatu Pomarańczy, wciąż przewija się przez szereg nie-przypadków i nie-prozaizmów raz budowanych, raz burzonych przez autora. Z jednej strony mamy tu wszystko, co zwyczajne dla współczesnego świata: bary, puby, życie nadmorskiego kurortu i Walencję wraz z jej paellą i nadmiarem ulic; z drugiej - tajemniczą grotę, opuszczony biurowiec, wyludnione doliny i bezkres słonej wody. Ciekawe sąsiedztwo. Ktoś spyta: no dobrze, a gdzie tu miejsce na miłosne historie? Przecież kurort to raczej miejsce mało romantyczne, a plaże i doliny przejadły się, nie mówiąc już o biurowcu, który dziwnym trafem kojarzy się z Modą Na Sukces. Otóż właśnie: u Vicenta to pozornie oczywiste otoczenie zyskuje nowy wymiar i to wymiar zupełnie odległy od dotychczas stosowanych. Pisarz tworzy nową przestrzeń, przestrzeń relacji dwojga ludzi i za pomocą dwóch płaszczyzn buduje fabułę. W praniu-czytaniu wygląda to tak, że dostajemy książkę, gdzie wszystko jest realne do czasu i do czasu prawdziwe, przy czym moment przeniesienia się z jednej płaszczyzny na drugą to chwila, w której o miłości już się nie pisze. Trochę trudne, ale mocno dzisiejsze. Jak Vicent.

Manuel Vicent: Pieśń Morza

tłum. Weronika Ignas-Madej, wydawnicto Muza, Warszawa 2002. ISBN: 83-7319-230-1

czwartek, 24 sierpnia 2006
Cuca Canals - Płacz, Radosna

Mogłoby się wydawać, że to kolejna z niezobowiązujących i lekko naiwnych historii, czekająca na wydanie w serii "Literatura w spódnicy". Tymczasem już po kilku pierwszych stronach nie można się wyzbyć wrażenia, iż oto stanęliśmy twarzą w twarz z nowym obliczem Kandyda i woreczkiem sentencji Małego Księcia godnych. Książka to co najmniej dziwna, lecz w całej swej dziwności niezwykle prawdziwa. I zaskakująca. Bo co może łączyć szynkę z dadaizmem? I - wreszcie - co mają ze sobą wspólnego drewno, złoto i lód? 


Odpowiedź na pierwsze pytanie dotyczy bezpośrednio autorki "Radosnej", urodzonej w Barcelonie w 1962 roku dziennikarki, Cuki Canals. Przez długi czas pisała ona scenariusze dla Bigasa Luny, w tym do jednego z jego najgłośniejszych obrazów, „Szynka, szynka”. Sama Cuca za szynką przepada, podobnie zresztą jak za niemym kinem, morzem, poezją wizualną i Fernandem Pessoą. Twórczość jej można nazwać awangardową : Canals otwarcie identyfikuje się z dadaizmem. Nic więc dziwnego, iż pisana przezeń proza przypomina raczej improwizowaną zabawę, aniżeli meandry pogmatwanej fabuły. Co więcej, poprzez ową formę „powieści w powiastce”, dodatkowo osadzonej w symbolicznym świecie, pisarka przedstawia nam piekło współczesnej rzeczywistości.

Bo „Płacz, Radosna” to w istocie bajka o piekle i, o ironio, bajka dla dorosłych. Za górami, za lasami, w miasteczku imieniem Nostalgia przychodzi na świat dziewczynka. Nie jest ona bynajmniej królewną:  jej wysokie aspiracje społeczne zostały głęboko pogrzebane z chwilą, gdy matka Radosnej, sprzedana za piętnaście reali Romancjuszowi Cierpliwemu i jego suce Ewaryście, zaczęła wieść fatalny żywot polegający właściwie na zaspokajaniu fizyczno-żołądkowych potrzeb despotycznego małżonka. Radosna już w pierwszych sekundach egzystencji wydaje się niezbyt normalna: nie płacze. I będzie musiało jeszcze wiele lat upłynąć, wiele tragedii się wydarzyć, by nasza bohaterka uroniła pierwszą łzę. Złotą łzę. Stanie się ona (tudzież kolejne wypłakane) źródłem jeszcze większych nieszczęść i, jak mogłoby się pozornie wydawać, wcale szczęścia Radosnej nie przyniesie. No tak, przecież to bajka dla dorosłych.

To, co w prozie Cuki Canals naprawdę urzeka, to niezwykle celny sposób ukazania ludzkiej psychiki. Wszelka metafora jest tu aż nadto czytelna, a dialogi nierzadko każą się śmiać przez łzy. W ogóle humor pełni w powiastce rodzaj swoistego „znieczulacza” choć, tak naprawdę, jeszcze bardziej wzmaga reakcje czytelnika. Nieraz przyjdzie mu wzruszyć się nad losem Radosnej, nieraz też zaśmieje się gromko, choć bohaterce, prawdopodobnie, wcale wtedy do śmiechu nie będzie.
Książka wita nas pytaniem retorycznym: Czy można poświęcić całą książkę kropelce słonej wody?. Cóż, autorce udało się ją wypełnić całym wiadrem kropelek. Przyjdzie nam doświadczyć łez drewnianych, złotych, tych z lodu i tych morskich. Sami pewnie też zapłaczemy nie raz.
Zapomniałam - dorośli przecież nie płaczą.

Cuca Canals: Płacz, Radosna

tłum. Joanna Skórnicka, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2004. ISBN: 83-7079-981-7

Magdalena Wrzodak

Utwórz swoją wizytówkę